Z gór nad jezioro – Grand Tour of Switzerland

Z gór nad jezioro – Grand Tour of Switzerland – główne zdjęcie

Dzisiaj wybierzemy się w trasę ciągnącą się na odległość niespełna 250 km. Przemierzymy dystans od punktu A, czyli majestatycznych czterotysięczników, do punktu B, kończąc podróż nad brzegiem jeziora. To wędrówka szlakiem Grand Tour of Switzerland. Zapraszamy na wycieczkę!

Winnice kantonu Wallis

Z gór nad jezioro – Grand Tour of Switzerland – zdjęcie 1

Wyruszamy z Zermatt, aby po stosunkowo krótkim czasie dotrzeć do Leuk. Tutaj nie grozi Wam niedobór witaminy D3. Miejscowość leży prawie w sercu Wallis, w regionie niesłychanie nasłonecznionym (średnia liczba godzin, w których świeci słońce – 3,5 tysiąca). Jeżeli marzycie o doładowaniu baterii, jesteście przemęczeni lub przygnębieni, zróbcie tu sobie przystanek. Przy okazji udajcie się do pobliskiego Leukerbad, gdzie poza słońcem możecie cieszyć się ciepłem wód termalnych. Na gości czeka największe kąpielisko termalne w Alpach.

Z gór nad jezioro – Grand Tour of Switzerland – zdjęcie 2

Promienie słońca mają dobroczynne właściwości dla ludzkiego organizmu, a także dla upraw. Okolicę porastają liczne – w tym rzadkie – gatunki flory, zamieszkuje ją też ponad 130 gatunków ptactwa. Panują tu wyśmienite warunki do uprawy winorośli, więc nie dziwi, że to obszar słynący z winnic. Smakoszy wina z pewnością zainteresuje urodziwy szlak o długości 8 km. Ciągnie się wśród winnic między Ardon i Saillon, na odcinku łączącym stolicę kantonu Wallis, Sion, z Martigny.

Muzeum Psów w Martigny

Przed wspomnianą Sion znajduje się niewielka miejscowość o nazwie Saint-Léonard. Możecie w niej zobaczyć ważną atrakcję turystyczną regionu – największe podziemne jezioro Europy. Z kolei nad samą stolicą dumnie dominują dwa zamki. Przy jednym ciągną się okazałe ruiny, a w drugim mieści się prawdziwy skarb. To najstarsze na świecie organy. Pochodzą z XIV w. i wciąż grają!

O Sion można jeszcze długo rozmawiać, ale w kolejce czekają już następne miejsca, w tym Martigny. Jest znane z kilku ciekawostek, w tym bezkrwawych walk krów. Odwiedźcie je koniecznie, jeśli kochacie duże psy – ze szczególnym uwzględnieniem benków. W mieście jest nieduże muzeum o nazwie Barryland, poświęcone hodowli bernardynów przez mnichów w hospicjum św. Bernarda. Nazwa nawiązuje do Wielkiej Przełęczy Świętego Bernarda. W XI w. powstało schronisko, uważane dziś za ojczyznę sympatycznych molosów. Najsłynniejszy z nich, Barry, podobno uratował 40 osób. Pamiętacie wielkiego psa z bajki, noszącego na szyi beczułkę i ratującego ludzi z lawin? No właśnie, nie bez powodu to bernardyn.

Montreaux – miasto Freddy'ego Mercury'ego

Z gór nad jezioro – Grand Tour of Switzerland – zdjęcie 3

Zostawmy psiaki i ruszajmy dalej, do Montreaux. To ostatnie miasto w życiu idola milionów, wokalisty grupy Queen. Dziś zobaczycie w nim pomnik artysty, a także odwiedzicie muzeum poświęcone zespołowi. Warte je zobaczyć, nawet jeśli jakimś cudem znacie tylko „We are the champions”.

Montreaux to luksusowy kurort pełen hoteli z cenami, które potrafią wyrwać z butów, kasynem oraz  promenadą kojarzącą się z miastami południa Europy. Rozciąga się przy Jeziorze Genewskim, największym jeziorze Alp oraz Europy Zachodniej. Możecie je podziwiać z góry, konkretnie ze szczytu Rochers de Naye. Co godzinę z dworca kursuje na niego kolejka zębata.

Winne tarasy Lavaux

Z gór nad jezioro – Grand Tour of Switzerland – zdjęcie 4

Wraz z drugim kurortem, Vevey, Montreaux tworzy Riwierę. Swego czasu upodobało ją sobie wiele znanych osobistości. Wystarczy wymienić takie nazwiska jak Audrey Hepburn, Charlie Chaplin czy nasz rodak, Henryk Sienkiewicz. Między Vevey a Lozanną znajduje się obszar, w którym produkowane są prawie wyłącznie białe wina. Winne tarasy Lavaux to dzieło ludzkich rąk, od 2007 roku wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Przy zbiorach praktycznie nie używa się maszyn – większość działań jest wykonywana samodzielnie przez ludzi.

Jeśli chcielibyście spróbować lokalnego wina, będziecie mieć mnóstwo okazji. Możecie je kupić w winnicy albo... w specjalnym pociągu. Wybierzcie się na kurs z degustacją pociągiem żelaznym lub turystycznym na kołach.

Zabytkowa Lozanna

Z gór nad jezioro – Grand Tour of Switzerland – zdjęcie 5

Drugie pod względem wielkości miasto nad Jeziorem Genewskim, Lozanna, zachwyci Was swoją architekturą. Historia zabytkowego ośrodka sięga czasów starożytnych. Niewątpliwie największym skarbem i chlubą kurortu jest monumentalna Katedra Notre-Dame. Należy do najważniejszych średniowiecznych budowli w Szwajcarii.

To wyjątkowo ładne miasto jest nazywane Stolicą Olimpijską, gdyż wybrał je na siedzibę Komitet Olimpijski. Zobaczycie tu również muzeum Igrzysk Olimpijskich oraz największe na świecie centrum informacyjne. Przede wszystkim jednak to miejscowość położona nad jeziorem i pięknie widać z niej położone po drugiej stronie francuskie Alpy. Lozanna ma swój unikalny klimat, który niezmiernie podoba się turystom.

Genewa – kosmopolityczna perła turystyczna

Z gór nad jezioro – Grand Tour of Switzerland – zdjęcie 6

Ostatnia stacja dzisiejszej wyprawy to przepiękna, niesłychanie zróżnicowana Genewa. Mówiąc o zróżnicowaniu, mamy na myśli wszystko, począwszy od położenia, a skończywszy na atrakcjach turystycznych. To miasto szwajcarskie, w którym na każdym kroku usłyszycie język francuski. Ma w nim swoją siedzibę Międzynarodowy Czerwony Krzyż oraz ONZ. Przyciąga odwiedzających cudownymi widokami – możecie podziwiać alpejskie szczyty, a także cieszyć się urodą Jeziora Genewskiego. Skorzystajcie z okazji i wybierzcie się w rejs po zbiorniku. Jeśli macie możliwość, przepłyńcie na drugi brzeg, czy to klimatycznym bocznokołowcem, czy nowoczesnym statkiem wycieczkowym. Pejzaże są tego warte!

Genewa ulokowała się przy brzegu jeziora, w punkcie, z którego wypływa rzeka Rodan, kierując się ku Francji. Z pewnością zachwyci Was najwyższa fontanna Europy – Jet d’Eau. Dziś to jeden z symboli Genewy, a powstała z bardzo prozaicznego powodu. Jej zadanie polegało na regulowaniu ciśnienia wody w miejskim wodociągu. Przespacerujcie się do starej części miasta, poprzecinanej wąskimi uliczkami, przy których stoją eleganckie kamienice. Uwagę zwraca również Katedra św. Piotra, należąca do najstarszych budowli w Genewie. Kolejne miejsca godne uwagi to muzea, w tym jedno poświęcone zegarkom. Wielbiciele roślin powinni odwiedzić Ogród Angielski, w którym znajduje się cudny kwiatowy zegar.

Kemping w sąsiedztwie Genewy

Przy ostatnim punkcie naszej listy, Genewie, skupia się wiele obiektów wypoczynkowych. Macie całkiem spory wybór, jeżeli przedmiotem Waszego zainteresowania są kempingi. Możecie zatrzymać się w bliższym bądź dalszym sąsiedztwie miasta, a także niedaleko autostrady. Przykładowo, Geneva City Camping znajduje się wystarczająco blisko miasta, a jednocześnie w ciszy, na trawiastych parcelach. Jeśli jednak wolicie zdecydowanie więcej zieleni, zamiast niego wybierzcie Cantonal Camping Val de Allondon. Ulokował się przy rzece noszącej tę samą nazwę, ale to nie jedyna jego zaleta. Obiekt jest doskonałą bazą wypadową do zwiedzania okolicy. A uwierzcie, jest co zwiedzać – dolina Allondon to wymarzone miejsce dla fanów rekreacji, od grillowania do pływania. W przeszłości (lata 90.) turyści prawie ją zadeptali, przez co dziś jest rezerwatem przyrody. Przecina ją kilka szlaków, które zaprowadzą Was do malowniczych zakątków.

I tak zakończyliśmy naszą wyprawę. Nie opisaliśmy wszystkich godnych uwagi miejsc, ledwie uszczknęliśmy temat. Ale nie mogło być inaczej przy tak atrakcyjnej trasie, biegnącej przez tak urokliwe tereny. Jeszcze tu wrócimy, a póki co, gorąco zachęcamy Was do przyjazdu.

Artykuł powstał przy współpracy z www.MojaSzwajcaria.pl

 

Z gór nad jezioro – Grand Tour of Switzerland – zdjęcie 1
Z gór nad jezioro – Grand Tour of Switzerland – zdjęcie 2
Z gór nad jezioro – Grand Tour of Switzerland – zdjęcie 3
Z gór nad jezioro – Grand Tour of Switzerland – zdjęcie 4
Ken.G
Ken.G

Z zawodu pisak, z zamiłowania kociara. Kiedyś zobaczy co jest za Uralem - dobrnie aż do Władywostoku. A póki co, kiedy może, cieszy się słońcem krajów południowej Europy. I też jest fajnie ;)

Czytaj także

Busikiem Po Bezdrożach - część II – zdjęcie 1
Relacje z podróży
Busikiem Po Bezdrożach - część II
Część pierwsza - klik. Nasza leśna dróżka w większości była wyjeżdżona przez maszyny zwożące drewno z lasu po wycince, także pomysł z wypchaniem busika na asfalt okazał się nie do końca tak prosty, jak się nam z początku wydawało. Obmyślony plan polegał na przepchaniu busika, a zarazem ustawieniu go tak, abyśmy mogli sprawnie go pchnąć i wylądować na asfalcie, a następnie wykorzystując opadający teren nawrócić i stoczyć się w dół...Jako, że brak wspomagania oraz opony AT/R wymagały użycia znacznej siły aby wykręcić w miejscu zasiadłem za kierownicą, a Daniel z Łukaszem próbowali mnie wypchać.  Pierwsze pchnięcie było skuteczne, przejechaliśmy około metra, po czym wpadliśmy w koleinę i ponownie utknęliśmy, mokra glina skutecznie uniemożliwiała porządne zaparcie się. Rozkopaliśmy muldę, jako, że busik  był wstępnie nakierowany w dobrym kierunku to zamieniłem się miejscem z Dominiką i próbowaliśmy pchnąć w trójkę, jednak to nic nie dawało. W międzyczasie, gdy chłopaki zabawiali się dalej z rozkopywaniem muldy, ja zająłem się naszym bezpieczeństwem... rozstawiłem na poboczu trójkąt ostrzegawczy, a resztę wyposażyłem w kamizelki odblaskowe. Asia miała za zadanie kręcić się koło trójkąta, tak aby nadjeżdżający kierowcy troszkę zwolnili, tym bardziej, że zza krzaków byliśmy słabo widoczni, a rumuńscy kierowcy lekkiej nogi nie mieli. Udało nam się ponownie pchnąć busa, oraz zatrzymać się metr przed rowem tak, aby mieć szansę z rozpędu przez niego przejechać. Aby ułatwić sobie sprawę, rów wyłożyliśmy kawałkami drewna zebranymi  po wycince oraz kamieniami, a dodatkowo na górę położyliśmy deskę, którą wrzuciłem do auta tuż przed samym wyjazdem z domu w razie gdybyśmy gdzieś się zakopali i trzeba by coś podłożyć... szkoda, że miałem tylko jedną. Nadeszła pora na ostateczne pchnięcie, jednak Tripciak nie chciał ruszyć z miejsca. W międzyczasie z dużą prędkością minął nas tir nic nie robiąc sobie z trójkąta oraz Asi stojącej przy drodze, a Włoch jadący za tirem rozjechał nam swoją Alfą ustawiony na poboczu trójkąt ostrzegawczy robiąc przy tym zza opuszczonej szyby aferę za to, że rozjechał nam trójkąt. Co za gość. Cóż, przynajmniej miłe starsze małżeństwo widząc całe zajście, zatrzymało się i starało nam się pomóc wydostać z opresji. Tym razem już w czwórkę udało się ruszyć busika z miejsca, jednak, gdy koło najechało na deskę, ta się przesunęła, a my wylądowaliśmy ponownie w rowie. Ekstra. Teraz bus już był nie do ruszenia bez pomocy liny. Jednak sposób w jaki mieliśmy wytargać Tripciaka nie do końca mi się podobał. Wyciągnięcie go na wprost odpadało, gdyż na pewno znalazłby się jakiś kierowca rumuńskiego bombowca, który mimo prób chwilowego zatrzymania ruchu próbował by przeciąć rozciągniętą linę między samochodami. Widząc nasze zmagania zatrzymała się również mała ciężarówka z której wyskoczyła młoda ekipa chłopaków. Nasz nowo poznany dziadziuś, który nam pomagał wytłumaczył po rumuńsku o co chodzi, więc chłopaki nie czekali i od razu przystąpili do działania. Podpięli stalową linę i pod kątem 90stopni na pełnej petardzie przeciągnęli Tripciaka przez rów, na nic prośby żeby zrobili to w miarę powoli. Ból dla moich oczu, ale udało się znaleźliśmy się na asfalcie, fakt, że wyciągnęli nas nie w tą stronę co trzeba, mimo tłumaczenia jak mają to zrobić. Szybki uścisk dłoni i każdy pojechał w swoją stronę, a my zostaliśmy na drodze. Jako, że było z górki to stoczyłem się kawałek tyłem do zakrętu, lekko przy tym nawracając, a Daniel z Łukaszem wyczekując odpowiedni moment, gdy z żadnej strony nikt nie nadjeżdżał  pchnęli mnie w przód i byłem ustawiony zgodnie z kierunkiem jazdy. Pozostało tylko stoczyć się kilkaset metrów w dół i zastanowić się, co dalej ?! Najpierw Daniel zdemontował miskę, aby zobaczyć poziom zniszczeń. Dziura była ogromna, nie do połatania, dodatkowo poszły dwa pęknięcia od uderzenia w głąb miski. Z początku był pomysł znalezienia kawałka stali, czy blachy i wklejenia jej na silikonie od środka miski, jednak takie rozwiązanie podziałałby zapewne tylko przez chwilkę, a my stracilibyśmy zapas oleju, którego i tak mieliśmy raptem 2,5l.