Ameryka Samochodem cz. 6/10 - Lake Powell, Monument Valley

Ameryka Samochodem cz. 6/10 - Lake Powell, Monument Valley – główne zdjęcie

Dziś zauważyliśmy że zaczynamy budzić się coraz później – 8:00  i chodzimy spać coraz później  2:00, znaczy – przestawiamy się powoli na czas amerykański J Lampa od rana , co mnie i Gmurcię bardzo cieszy , bo  wczoraj nas trochę wywiało w Grand Canyonie.

Śniadanko, jak to w przydrożnym motelu dość skromne więc Jeżu dokupił trochę szynki i sera, żebyśmy nie padli z głodu.  Ruszyliśmy dopiero o 10:30 i to w zupełnie nieplanowane miejsce.

Wykupiliśmy sobie rajd do Antelope  Slot Canyon – raj dla fotografów, bardzo malownicza  kraina, po prostu cudo !!!! Wściekłam się od rana , bo nad moim  sprzętem fotograficznym wisi jakieś fatum od początku wyprawy – jeden obiektyw zepsuty totalnie, wczoraj w Wielkim Kanionie „głupawka” zaliczyła upadek i coś tam nie styka i jeszcze ten problem z bateriami… Na szczęście mamy jeszcze jeden długi obiektyw i super sprzęt Jeża J wszyscy się nim dziś zachwycali , a fotki z kanionu wyszły rzeczywiście rewelacyjne.

Przed trasą do Monument Valley zboczyliśmy z trasy w Page na tamę i tam dopiero doznaliśmy wzrokowego szoku. Czasem warto zmienić kierunek drogi , bo przed nami ukazało się przepiękne  jezioro Lake Powell, z wieloma zatoczkami -  prawie jak „fiordy norweskie”, wszystko otoczone oczywiście górami.

Do Monument Valley – miejsce wszystkim znane z westernów , dotarliśmy na szczęście przed zachodem słońca , czerwone bloki skalne o różnych kształtach , przypominających ludzi, psiaki a nawet  E.T. , czerwona ziemia i uboga roślinność  -  prawdziwy  krajobraz filmowy.

No i dalej w trasę , przed nami ponad 200 mil podroży , tym razem za kółkiem super driver GmurciaJ Szybko obcykała co i jak w tym wielkim carze a najbardziej spodobał jej się tempomat.

Na 20:30 dotarliśmy do Page , na kolację  do typowej country knajpy z muzyką na żywo, gdzie spróbowaliśmy prawdziwego amerykańskiego steka – pycha !!!!

Szybko zamykają knajpy ,więc o 22-ej ruszylismy  dalej , jak się okazało póżniej – w drogę pełną niespodzianek. Marcin przejął ster .

Początkowo wszystko szło zgodnie z planem , aż do Kanab (mniej więcej połowa drogi z Page, naszej kolacji  - do Cedar City w Utah, miejsca naszego noclegu. Potem wybraliśmy jedną z dwóch opcji – krótszą trasę, ale przez góry (ang. shortcut)…

Minęła północ. Z czasem zaczęło się robić nieco dramatycznie – jechaliśmy, jechaliśmy ,jechaliśmy… Żadnych znaków, ciemno jak wiadomo gdzie, zero ludzi, zero cywilizacji, las, majaczące pagóry…
Nasz przyzwoicie dotąd spalający paliwo Chrysler na górskich, krętych drogach zaczął żreć jak smok i wskazówka paliwa dynamicznie ruszyła w stronę literki E jak Empty (pusty). Księżyc po lewej jak z bajki, hm, raczej jak z horroru przebijał się nieśmiało nisko nad drzewami, poczym widząc pewnie nasze postępujące zestresowanie sytuacją, postanowił dorzucić swoje trzy grosze i zgasł za chmurami. Zrobiło się więc totalnie ciemno, jechaliśmy z minimalną widocznością, no i zaczęło się…

Pierwsza krzyknęła Ela: -„UWAŻAJ! SARNA!!!” Z lewej strony, nie wiadomo skąd, nagle wyskoczyła przed maskę auta gigantyczna sarna, (Marcin gwałtownie zahamował) poczym przeszła (przeleciała) prawym bokiem mijając lusterko racicą o jakieś 5cm… Jeśli ktokolwiek z nas do tego momentu był senny- teraz oprzytomniał szybciutko. Przerażeni, ale jednocześnie szczęśliwi, że jesteśmy w jednym kawałku ruszyliśmy dalej z minimalną prędkością i duszą na ramieniu… 

Odtąd wypatrywaliśmy na poboczach błyszczących – złowrogich – oczu. No i się w końcu dopatrzyliśmy – lisa, kolejnych saren, jakiegoś futrzaka wielkości monstrualnej nutrii (a może bobra?), kolejnych kilku saren… Do podkręcenia i tak już bardzo napiętej atmosfery – brakowało już tylko jakiegoś autostopowicza z piłą…

A naszego docelowego miasteczka Cedar City wciąż nie było na horyzoncie . Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że przejeżdżamy na wysokości ponad 3000 metrów i otaczają nas hałdy śniegu. W pewnym momencie mijaliśmy ponad metrowe zaspy…W końcu pojawił się drogowskaz, który potwierdził, że jedziemy przynajmniej we właściwym kierunku – po 1-ej w nocy wjechaliśmy do uśpionego, mormońskiego Cedar City w stanie Utah. 

Nie trudno się domyślić, że po tych emocjach marzyliśmy o butelce zimnego piwka, ale jakież było nasze rozczarowanie, gdy na jednej z nielicznych otwartych stacji dowiedzieliśmy się, że po pierwsze: po godzinie 1-ej w nocy (do 7-mej rano) w całym mieście nie sprzedadzą nam żadnego alkoholu, a po drugie: zmienił się czas – zegarki o godzinę do przodu… Z nosami na kwintę szukaliśmy naszego motelu jeżdżąc po Main Street tam i nazad – nigdzie go nie znajdując. Zdesperowani, w końcu zatrzymaliśmy policję (dokładnie) i tu miłe zaskoczenie kolejny raz – po krótkiej wymianie zdań, patrolujący miasto policjant zgodził się, tfu, SAM ZAPROPONOWAŁ, że poprowadzi nas na miejsce! I tak – niemal eskortowani przez policję, w środku nocy, tysiące mil od domu, dojechaliśmy szczęśliwie do kolejnego motelu na naszej trasie. Bardzo młody i  przystojny (jak orzekły dziewczyny) policjant pożegnał nas słowami – „BE SAFE, GUYS”. 
Po 3:30 poszliśmy spać i była to najkrótsza jak do tej pory noc.

Zapraszam do przeczytania kolejnej części o Yosemite National Park

Ameryka Samochodem cz. 6/10 - Lake Powell, Monument Valley – zdjęcie 1
Ameryka Samochodem cz. 6/10 - Lake Powell, Monument Valley – zdjęcie 2
Ameryka Samochodem cz. 6/10 - Lake Powell, Monument Valley – zdjęcie 3
Ameryka Samochodem cz. 6/10 - Lake Powell, Monument Valley – zdjęcie 4
kuba
kuba

Przejechałem Amerykę samochodem i chętnie Wam o tym opowiadam!

Czytaj także

Pierwsze poważne jeżdżenie "Złomkiem" - 2010 rok. – zdjęcie 1
Relacje z podróży
Pierwsze poważne jeżdżenie "Złomkiem" - 2010 rok.
Przeglądasz sobie od niechcenia strony internetowe i nagle wpadasz na ciekawą stroną. Ile razy się Wam to przytrafiło? Załozę się, że nie raz!  To samo przytrafiło się mi na początku 2010 roku. Ale zacznijmy po kolei. Mamy styczeń 2010 roku. Siedzę sobie przed komputerem i gapię się w ekran jak przysłowiowa kura w gnat. Parę tygodni wcześniej kupiłem swojego piątego Fiata 125p i chyba szukałem jakichś części. No i masz! W jakiś sposób trafiłem na stronę Złombolu i informację, że w 2010 roku jadą do Azji; dokładnie do Istambułu. Myślę sobie, ale by były jaja gdybyśmy z Chłopakami się tam wybrali. Pomysł troszkę pokiełkował i ciach! Bolima, Spajki i ja, znany jako czeczun mieliśmy zmontowaną Ekipę. Skoro Ekipa była, to kolejnym krokiem było rozpoczęcie przygotowań samochodu. Fiacik zjechał do garażu. Prace mad nim troszkę trwały – przygotowywałem go sam, więc się nie spieszyłem i wszystko robiłem dokładnie. W przypadku Dużego Fiata to się zawsze opłaca. Zbliżał się koniec sierpnia, czyli start Złombola! Emocje i napięcie rosło. W końcu ten dzień! Wyjeżdżam z Torunia do Warszawy. Zgodnie z planem, w sobotę spotkaliśmy się na ulicy Jagiellońskiej, w garażach Stowarzyszenia FSOAUTOKLUB i zabraliśmy się za przygotowania. Ostatnie poprawki, montaż bagażnika na dach, wymiana oleju i regulacja zaworów. W końcu PAKOWANIE.