Węgry 2016

Węgry 2016 – główne zdjęcie
1jpg

Na początku sierpnia 2016 roku przyszedł czas ostatecznego pakowania i piątego dnia tego miesiąca ruszyliśmy w naszą pierwszą długą podróż z przyczepką kempingową. Poczciwa Niewiadówka przeszła szybki remont (wymiana osi, uchwytu holowniczego, elektryki); holownik z resztą też i można było śmigać.

Zapakowani wyruszyliśmy z Torunia około godziny 18, wybierając bezpłatne trasy przez Czechy i Słowację przekraczając granicę w Cieszynie. Przekombinowaliśmy troszkę trasę przez Słowację i wylądaliśmy na drodze numer 14 koło Bańskiej Bystrzycy, która delikatnie mówiąc nie jest najprzyjemniejszą drogą do jazdy. Nie chodzi tu o przewyższenia, wjazdy i zjazdy, tylko o zwykłe dziury i płytową konstrukcję drogi. Poczciwy Fiacik wpadał w nieprzyjemne kołysanie i wibracje, co powodowało, że jazda była uciążliwa. Do tego deszcz i mgła. Fantastyczne połączenie.

None

Ostatecznie w całości dojechaliśmy do Budapesztu między godziną 8, a 9 rano w sobotę. Trafiliśmy na wybrany przez nas wcześniej Camping Haller na Haller utca 27, do którego tak naprawdę dojeżdża się od Obester utca. Warto o tym pamiętać, bo jeżeli się o tym nie wie, to można się lekko zakręcić. 

3jpg

Camping Haller nie jest specjalnie duży, ale za to jest praktycznie w centrum miasta. Komunikacją miejską można bezproblemowo dojechać do i z centrum. My jednak, z racji bardzo dobrej pogody korzystaliśmy z rowerów, które zabraliśmy ze sobą z Polski. O tym jednak później. Jeszcze kilka słów o kempingu.
Obsługa jest bardzo miła i wielojęzyczna - spokojnie można dogadać się po angielsku, niemiecku, słyszeliśmy też w recepcji próby porozumienia się po francusku i włosku. Kilka polskich słów też było w użyciu. Kemping honoruje kartę CCI oraz nie pobiera opłaty za co czwatą noc. Nas za przyczepę, samochód i dwie osoby, uwzględniając kartę CCI skasowano 6210 forintów za noc. W cenie można korzystać z przyłącza prądowego, wifi (obejmuje teren całego kempingu), z zamykanego schowka przy recepcji, pralni oraz pryszniców z gorącą wodą. Na kempingu jest automat z gorącymi napojami, a również mała restauracja serwująca węgierskie dania. Niestety nie wypróbowaliśmy jej.
Teren podzielony jest z grubsza na część namiotową i kamperowo-przyczepową. Nie ma wyznaczonych parceli. Podłoże jest ubite w głównej mierze trwaiaste. Drzew w części kamperowo-przyczepowiej jest mało.
No i zaczyna się część "zwiedzaniowa". Jeszcze przed wyjazdem zdecydowaliśmy się na zakup Karty Budapesztańskiej www.budapest-card.com. Dostępna jest wersja 24h, 48h i 72h. My wybraliśmy ostatnią wersją i zapłaciliśmy za nią 9900 forintów za sztukę. Kupując online można zaoszczędzić 5%. Daje ona bardzo duże możliwości zwiedzania oferując darmowe wejś
cia do wielu atrakcji oraz wiele zniżek.

4jpg

Jak wspomniałem wcześniej - zabraliśmy ze sobą nasze składaki. Dojazd z kempigu do Parlamentu i Mostu Łańcuchowego zajmuje, naprawdę spokojnym tempem, około 10 minut.Jedziemy praktycznie przez cały czas wzdłuż Dunaju. Po drodze mijamy między innymi Halę Targową - Central Market Hall (można tam się zaopatrzyć we wszystkie pamiątki budapesztańskie - od bibelotów przez przyprawy, wędliny i inne przetwory po poważniejsze pamiątki) oraz zamknięty dla ruchu samochodów w sezonie letnim most Szabadsag Hid (miejsce wieczornych spotkań autochtonów i turystów, organizowania pikników i dobrej zabawy).

5jpg19jpg17jpg18jpg

Dojazd na Andrassy Utca, czyli główną reprezentacyjną aleję Budapesztu zajmuje około 15 minut. Mijamy pod drodze między innymi Wielką Synagogę Żydowską, Dick Ferenz Ter (tam między innymi można zakupić Kartę Budapesztańską), a w pobliżu jest Bazylika Św. Stefana. Na Andrassy Ut. można zwiedzić sporo ciekawych miejsc - między innymi Dom Terroru (bardzo ciekawe, ale "darmowe" informacje są albo po węgiersku, albo po angielsku; przewodniki audio są dodatkowo płatne i nie ma języka polskeigo; nie ma zniżki B-C), Miniversum (wielkie ruchome, interaktywne makiety; jest zniżka B-C), Operę.   

16jpg15jpg

Andrassy Ut dochodzi do Placu Bohaterów. Będąc tam warto odwiedzić między innymi budapesztańskie zoo. Trzeba jednak mieć świadomość, że nie da się tam wejść na przysłowiową godzinkę. My spędziliśmy tam prawie osiem godzin i tak naprawdę końcówkę zaliczaliśmy w przyśpieszonym tempie - odpadały nam już nogi. Wielkim plusem było to, że taki upalny dzień mogliśmy w sklepiku w zoo kupić sobie zimne piwko i świeżego precla i po prostu, nie niepokojeni przez nikogo, w towarzystwie innych smakoszy, mogliśmy te smakołyki spałaszować.

8jpg

W kolejnych dniach zwiedzanie odbywało się w najlepsze. Po drugiej stonie Dunaju odwiedziliśmy między innymi bardzo ciekawe jaskinie Szemlo-Hegy Barlang (jest zniżka B-C), Górę Zamkową (wstęp do galerii i na wystawę z kartą B-C za darmo),Termy Św. Łukasza - Lukács Gyógyfürdő (z kartą B-C wstęp za darmo), Memento Park (wstęp z kartą za darmo) oraz Szpital w Skale (zniżka z kartą B-C) i Tropicarium (zniżka z kartą B-C). 
Na drugą stronę, w dalesze punkty (Memento Park i Tropicarium) wybraliśmy się samochodem. Dojazd był bezproblemowy. Na Górę Zamkową z rowerami nie można wjechać autobusem ani Fulnicularem, trzeba się delikatnie przemęczyć i wjechać na kołach po ulicy, którą dojeżdżają autobusy i samochody.

9jpg12jpg10jpg

Po kilku dniach w Budapeszcie ruszyliśmy w dalszą część naszej wyprawy. 11 sierpnia jadąc darmową drogą numer 7, potem 8, 72 i 71 dotarliśmy do miejscowości Csopak nad Balatonem gdzie odbywał się III Międzynarodowy Zlot FSO organizowany przez Węgierski Klub Polskiego Fiata 125p. W kulminacyjnym momencie było na nim ponad 160 osób, a w kolumnie do Tihany jechało ponad 70 samochodów. Super wynik!

20ajpg20jpg

Nad Balatonem kontunuowaliśmy również nasze kulinarne podróże. W Budapeszcie spróbowaliśmy między innymi zupy gulaszowej. W restauracji, za dużą porcję z przepysznym, świeżym chlebem zapłaciliśmy 870 forintów. I to w ścisłym sąsiedztwie Hali Targowej. Smakowita była.
Pobyt nad Balatonem stał pod znakiem węgierskiego gulaszu, kremu czosnkowego podawanego w chlebie oraz oczywiście langosza. Pierwszego, wyczekanego od naszej ostaniej wizyty na Węgrzech w 2012 roku zjedliśmy w Tihany na pchlim targu przy porcie. Był rewelacyjny! Na gulasz i zupę czosnkową wybraliśmy się ze Znajomymi do miejscowości Balatonudvari do restauracji Zsindelyes Csárda. Restauracja przygotowana na duży ruch, bardzo fajnie urządzona, w tradycyjnym węgierskim stylu. Ceny atrakcyjne, a obsługa w miarę wielojęzyczna (niemiecki, angielski).

21jpg22jpg

14 sierpnia wybraliśmy się w drogę powrotną do domu - znowu trasami bezpłanymi. Wyjechaliśmy ok godziny 16 i na miejsce dotarliśmy następnego dnia około godziny 9 rano. Troszkę nam zeszło, ale musieliśmy przebijać się przez góry, gdzie Fiacik z przyczepką wspinał się na pierwszym biegu, a potem na 12% zjeździe pchani przez przyczepkę o mały włos nie wylądaliśmy na bariekach. Po drodze, przez przypadek, zahaczyliśmy o miejscowość Nitra, gdzie pod zamkiem zrobiliśmy sobie zdjęcie. W Polsce zatrzymaliśmy się na masywne śniadanko w Porcie Radomsko. Zawsze można zjeść tam dobrze, dużo i tanio. Tak się najedliśmy, że aż musieliśmy sobie zrobić chwilę drzemki; z chwilki zrobiło się ponad półtorej godziny, ale skoro tak wyszło, to znaczy, że była potrzebna.

23jpg25jpg24jpg

Na koniec przestawimy troszkę statystyk. Przejechaliśmy około 1900 km. Spaliliśmy około 285 litrów gazu, dolaliśmy ok 0,5 litra oleju silnikowego, nic w samochodzie ani przyczepce nie naprawialiśmy. Na rowerach przejechaliśmy około 100 kilometrów. Na piechotę zrobiliśmy tyle, że nawet strach pomyśleć, Zjedliśmy langosze, gulasz, zupę gulaszową, arbuzy, kiszone warzywa, leczo, piekliśmy na ognisku wędzoną słoninę i węgierskie kiełbasy, piliśmy palinkę oraz węgierskie wina i piwa. 
Wyjazd w 100% udany. Nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego w Budapeszcie, więc zdaje się, że jeszcze tam wrócimy.

 

Węgry 2016 – zdjęcie 1
Węgry 2016 – zdjęcie 2
Węgry 2016 – zdjęcie 3
Węgry 2016 – zdjęcie 4
czeczun
czeczun

Pochodzę z Torunia, gdzie również mieszkam i pracuję. Z Żoną podróżujemy po Europie naszym poczciwym Fiatem 125p, od 2016 roku również z przyczepką. W planach mamy już kolejne wyjazdy. Oby tylko zdrowie pozwolił, to naprawdę się najeździmy =D

Czytaj także

Ameryka Samochodem cz. 4/10 - Joshua Tree Park – zdjęcie 1
Relacje z podróży
Ameryka Samochodem cz. 4/10 - Joshua Tree Park
Obudziliśmy się jak zwykle po 6-tej, w prawdziwym motelu z amerykańskich horrorow – Safari Motel  Inn – żywcem wyjęty z Psychozy  Hitshckocka. Ściany z dykty, więc całą noc słyszeliśmy przejeżdżające samochody i pierdzenie sąsiadów. Wiemy na co nasz motel łapie przejezdnych – otóż, na eksponowane hasło „large pool”.Tym razem zjedliśmy śniadanko przygotowane we własnym zakresie i ruszyliśmy do Joshua Tree National Park. Okazało się, że mieszkaliśmy (w nocy tego nie zauważyliśmy) przy samym wjeździe do parku. O 9-tej więc byliśmy już po wizycie w Visitors Center, gdzie wyposażyliśmy się we wszystkie mapy i ruszyliśmy na podbój parku. Starszy pan (strażnik), który wyposażył nas w niezbędne informacje nt poruszania się po parku rozpoznał nas „po akcencie” i – już bodaj drugi raz jak dotąd – okazało się, że amerykanie rozpoznają nasz język :-)Na początku zachwyciliśmy się widokiem niesamowitych w swym wyglądzie drzew Joshua od których pochodzi nazwa parku. Później totalna zmiana otoczenia – Hidden Valley – ukryta dolina przywitała nas bajecznymi skałkami. M.in. zrobiliśmy sobie spacer do Czaszki – Skull Rock (kawałek fajnej skały…) Zaliczyliśmy nawet mały spacerek (wracając do auta) na chwilę tracąc orientację – a wszystko dookoła takie podobne… Ogólnie rzecz ujmując: pustynia, drzewa Joshua,  wieksze i miejsze kamienie i tak kilka godzin.Kiey View – widok z góry na kosmiczny krajobraz – super punkt widokowy. Co rusz mijamy harleyowców mknących na swych maszynach po bezdrożach amerykańskiego parku.Na koniec kaktusowy ogród.  Kaktusy, które wyglądały jak włochate tarantule  okazały się agresywne – zaatakowały Gmurcie – jak krwiożercze stwory rzuciły, WPIŁY SIĘ swoimi kolcami w jej nogę. Dokumentacja z usuwania obcego ciała z jej nogi wkrótce. Akcja ratunkowa przebiegła pomyślnie (Jerzu niczym wprawiony w bojach chirurg wyłuskał z iście zegarmistrzowską precyzją kilkadziesiąt igieł z nogi Gmurci.) Było krwawo, operacja się udała, pacjentka przeżyła :-)I tak znowu w trasie skąd do Was piszemy jadąc legendarną drogą Route 66. Szukamy jakiegoś jedzenia, ale od ponad 200 km tylko pustynia, droga przed nami na wprost, a na horyzoncie przepiękne góry.Minęła 1-sza w nocy. Oczywiście całe towarzystwo dawno już śpi. Jeszcze trochę i zostanę posądzony o czerpanie mocy z jakichś podejrzanych „ekologicznych źródeł”… Tak to już jest  - na urlopie – TAKIM JAK TEN – szkoda każdej przespanej godziny, czasem dosłownie.Po południu legendarna Route 66 przeszła w zwyczajną „freeway” co znacząco poprawiło naszą prędkość (z ok. 60mph do 80mph). Trzeba przyznać, że od początku jedziemy „jak pan bóg przykazał” – przekraczamy dozwoloną prędkość jedynie o 5 mil (ustawiamy tempomat). Niestety mój dzisiejszy „dyżur” za kółkiem był w większości mordęgą – speed limit 55 mph – wlokliśmy się (60 mph) niecałe 90 km/h co w sytuacji kiedy masz pustą drogę, bezkresną przestrzeń wokół, widoczność na setki kilometrów, suchą drogę, ach… przycisnęłoby się troszkę… Niestety – co chwilę ostrzeżenia o „radar control”, a już szczytem wszystkiego jest komunikat „radar control by aircraft”… Hmm, przynajmniej jest bezpiecznie :-)W pewnym momencie minęliśmy znaczący znak: „NO SERVICES NEXT 90 MILES”. Dłuższą chwilę zajęło nam zastanawianie się czy to żart czy niekoniecznie. Szczęśliwie mieliśmy prawie pełny bak i kilka butelek wody, bo przez następnych PRZYNAJMNIEJ 90 mil nie było nic… Tzn. owszem był piękny, stopniowo zmieniający się krajobraz – PUSTYNNY. Piasek, krzaczki, w oddali góry i zero żywej duszy przez jakieś trzy godziny w tym upale. Dodam, że mówiąc (pisząc?) „zero żywej duszy” mam na myśli: ZERO ŻYWEJ DUSZY.Ni z gruszki ni z pietruszki – Jerzu (siedzący wtedy jako pasażer  z przodu) krzyknął: „-Drzewo z butami po prawej!” W pierwszej chwili pomyślałem, że biedakowi upał zaczął właśnie szkodzić – w tym upale Marcin (Jerzu) pewnie zaczyna widzieć jakieś omamy… Drzewo z butami, jasne  - a skarpetki też tam były? (chciałoby się zapytać…).  Zawróciliśmy do tego miejsca i… mamy kilka zdjęć drzewa z butami! Kilka mil później Jerzy krzyknął: „-Drzewo z majtkami!” Podobnie i tym razem miał rację (widziałem), ale majtek było zbyt mało (niedawno zasadzone?!), więc odpuściliśmy. Nasz spontaniczny pomysł, żeby dziewczyny rozpoczęły nowe drzewo przy Route 66 – ZE STANIKAMI – niestety pozostał bez odzewu… :-(Dużo wcześniej niż przewidywaliśmy dotarliśmy do Flugstaff – mieściny przy Historic District Route 66. Nasz motel – Travellodge okazał się bardzo fajną miejscówką. Ponownie mamy 2 łózka typu quennsbed i wszelkie niezbędne wyposażenia jakie jest nam potrzebne. A to wszystko za jedyne 65$ (4 all).